Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andre Kertesz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andre Kertesz. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 grudnia 2012

Nie rozumiem Świata ... refleksja #003


A może świat nie rozumie mnie?

 
W zagonieniu obowiązkami nie zastanawiamy się nad sensem rzeczy tego świata, czasem potrzebny jest impuls, który nastawi nas do refleksji.

Mój impuls akurat się wydarzył, dziś rano.  Odwożąc dziecko do szkoły jak zwykle musiałem znieść bez pośpieszne wybieranie się do wyjścia 6 latka (zazwyczaj trwa to ok. 20 min podczas których staram się zachować spokój i zimna krew). Kiedy już się uda dojechać pod szkołę zaczyna się problem z zaparkowaniem. Zatem dziś rano podjeżdżam i widzę (yupi), że do samochodu przede mną wsiada opatulona (od ziemi po sam nos) pani, i było by super ale po odpaleniu silnika owej pani coś nie spodobało się w lusterku (a ponieważ tylna szybka cała oblodzona ograniczała widoczność do tyłu) pani zgasiła silnik (a ja stoję w poprzek drogi czekając na miejsce) i dalej wysiada dmuchać na lusterko . Kiedy już zadowolona udała się na miejsce kierowcy i odpaliła silnik (o zgrozo) zaczyna cofać (prosto na mnie) a przed jej samochodem kupa wolnego miejsca do następnego auta.  Nie wiem co pomyślałem ale kiedy już prawie poczułem jak wpada na mój zderzak nie wytrzymałem i strąbiłem opatulonego misia z niewyskrobaną szybą. Samochód pojechał,  ja szczęśliwy po ok. 5 minutach tego cyrku z wsiadaniem, wysiadaniem i cofaniem, wyciągam młodego z auta, ruszam do szkoły, i… . Nie wierze własnym oczom, owy opatulony mis z niewyskrobaną szybą ; ) wraca wysiada i pyta „Co pan taki nerwowy, przecież pana widziałam” – o szesz k-fa mać mnie się spieszy a ona obrażona zwraca mi uwagę żebym nie używał klaksona! Ja pierdziele, pewnie wiecie co sobie pomyślałem, ale obok stał zainteresowany 6-cio latek obserwując jak się zachowam . Ignorując w pośpiechu (nie miałem czasu tłumaczyć na czym polega płynna i bezpieczna jazda samochodem z wyskrobanymi szybami oraz, że innym może się spieszy) misia podziękowałem i pożegnałem się kulturalnie, misio ironicznie pożyczyło mi „ Miłego dnia” a ja się zagotowałem.  
I oto mamy impuls do refleksji pt. „Nie rozumiem świata” w którym nie można albo nie ma się odwagi mówić co się myśli albo czuję, ja od razu przyjmuję postawę zamkniętą. Ośmiela mnie tylko jedna dziedzina moja ukochana od lat fotografia. Tym razem usiłuje poukładać sobie w głowie założenia do projektu fotograficznego, który rozpocznie moja pragmatyczna i systematyczną pracę nad utrwaleniem szeroko pojętego środowiska naturalnego, które mnie otacza. Mojego miasta, jak śpiewa jedna z moich ulubionych (czasem) wokalistek polskich „miasta ze światła poczętego”.

Próbuje sobie ułożyć jak chciałbym zacząć, i do dziś myślałem bardzo jednostronne architektura beż ludzi i bez waloru (znaczy szara bez kontrastu).  Hm, okazuje się, że niestety trzeba sobie postawić pytanie „czy chce aby ktoś to zobaczył i zaakceptował” zarówno ze względów estetycznych jak i merytorycznych (czyli po prostu coś go zainteresowało),  znaczy jakiś akceptowalny punkt widzenia.

I teraz pytanie: mój czy widza?
Co w moim rozumieniu oznacza kompromis pomiędzy tym co widzę i jak to odbieram a tym co chce widzieć widz!

A te dwa punkty widzenia i postrzegania są często różne. Zatem stawiam kolejne pytanie czy to ja nie rozumiem świata czy świat nie rozumie mnie?
Hehe, podobno niektórzy potrzebują braku akceptacji aby (kolejny impuls) wylać na zewnątrz to co w środku siedzi. Ale miło by było aby te zlewki albo wylewki były dobrze odebrane. Tylko co znaczy dobrze odebrane. Czy chce iść z prądem i produkować ładne fotki? Czy faktycznie wylewać własne emocje. Problem polega na tym, że ładne fotki mówią wiele dla mas, które chcą widzieć świat w ładnych obrazach, a te emocjonalne często są czytelne dla autora i małej grupy (jeśli ma szczęście) zebranych wokół niego widzów.

Od długiego czasu nie potrafię określić czy chce ładnie czy emocjonalnie, szukam kolejnego kompromisu, który mnie określi. I właśnie dziś powodowany nieco refleksyjnym nastrojem po poranym impulsie (misia z nieoskrobaną szyba) przy kawie sięgnąłem po album z fotografiami Andre Kertesz’a. I stało się jego fotografie choć nieme, przemówiły do mnie niesamowitą siłą zamkniętą w ułamku sekundy i zmaterializowane na kawałku papieru o magicznych właściwościach.
André Kertesz

Tak to się układa, że nie dalej jak dwa dni temu dyskutowaliśmy w zacnym gronie fotografów nad obiektywizmem fotografii (a właściwie jego brakiem).  Zabrakło mi wtedy argumentu, który dziś po obejrzeniu po raz kolejny fotografii Kertesz’a  nasuwa się sam. Obiektywizm fotografii zależy od osoby fotografującej, i jest sprawą indywidualną. Nie może być obiektywna (specjalizacja) fotografia reklamowa czy mody, możemy mieć również wątpliwości czy obiektywne są reportaże fotografów pracujących dla wydawnictw (bo to wydawca kreuje sposób podania i prawdę zawartą w fotografii) ale mogą być obiektywne fotografie takie jakie robił Kertesz, Brasaii czy Doisneau a z polskich autorów młodzieńcze zdjęcia Beksińskiego czy dorobek fotograficzny Bogdana Dziworskiego i wielu innych. Kiedy postawimy sobie pytanie czemu tak jest, zobaczymy że siła tej fotografii tkwi na podglądaniu nie opisywaniu, nie dokumentowaniu ale podglądaniu. Z ciekawością oglądam te fotografie, które opowiadają historie wyjęte z kontekstu, mogące dziać się w dowolnie zestawionej osi czasu i miejscu. Ich anonimowość (w podpisie zdjęcia znajduje się tylko rok wykonania fotografii) zawarta w braku często jakiś cech miejsca czy czasu pozwala mi na tworzenie własnych komentarzy. Gdy patrzymy na twarze ludzi czy miejsca, na fotografiach które wykonane były np. w latach 1930 i zestawione z fotografią wykonaną w 1977 roku widzimy, że autor pokazuje nam ten sam świat, który jest emocjonalny, w którym jest pewien spokój i relacja między ludźmi, świat dziecięcych zabaw, świat mężczyzny obserwującego życie ulicy z perspektywy stolika barowego zastawionego winem i gazetą, świat emerytek komentujących wydarzenia dnia codziennego. Zdjęcia A.K pozwalają mi również określić w pewien sposób kim jest FOTOGRAF, bo przecież toczy się dyskusja, czy ten który naciska spust migawki to fotograf, fotografik, artysta czy może artysta fotografik. Według mnie 170 lat temu została wynaleziona fotografia zatem ci co naciskają spust migawki to fotografowie ; ) a jeśli ktoś dla lepszego samopoczucia chce być fotografikiem proszę bardzo.
 
Zatem jaką postawę przyjąć? Podglądacza - obserwatora, który nie komentuje a jedynie rejestruje czy bardziej emocjonalną, pełną własnych refleksji.

Myślę, że jednak tę pierwszą ale do tego potrzebna jest też pewna mentalna przemiana, trzeba z dystansem podchodzić do świata ale przede wszystkim do siebie. Do własnych ograniczeń ale i obowiązków, często potrzeb i przede wszystkim widzieć świat z perspektywy człowieka. Czy w moim wypadku to możliwe? Zobaczymy.
Tak wiele pytań i tak wiele do przemyślenia. Ten proces trwa, został brutalnie przerwany przez kilka złych decyzji i pewną środowiskową izolację, straciłem dużo czasu i myślę, że wystarczy.  Ale podobno trzeba postawić kreskę nad przeszłością i  iść do przodu. Dlatego zapominam o tym co mnie ograniczało i zabieram się do pracy.

Mam zamiar poświęcić się na długo pracy nad obserwacją mojego miasta „ze światła poczętego”. I choć trochę mnie zagotowała pani opatulona od ziemi po szyję z niewyskrobaną szybą to jednak jestem jej wdzięczny bo popchnęła mnie do refleksji no i znowu zobaczyłem świat oczami Kertesz’a : )


André Kertesz

wtorek, 28 lutego 2012

Mistrz Kertesz

Chyba w 1992 zobaczyłem pierwszy raz jego fotografie, zachwyciłem się i skończyło się to zakupem albumu. Potem wracałem do niego co jakiś czas. I kiedy zaczęło się opętanie Polaroidem odkryłem ponownie tym razem inny obszar twórczości Pana Kertesz'a.

Polecam wszystkim tekst, który znalazłem na blogu  Łukasza Kacperczyka - Mono[foto]grafia. To dzięki niemu ostatecznie zdecydowałem się kupić album:


A oto cytowany tekst.


"W kolejnym poście poświęconym polaroidom postanowiłem napisać parę słów o książeczce, którą kupiłem podczas jesienno-zimowego wypadu do Berlina. Mowa o świeżutkim (bo wydanym w listopadzie 2007) albumiku "The Polaroids" André Kertésza. Skąd te zdrobnienia? Co prawda książka ma twardą oprawę (płótno), ale wymiary 152 x 178 mm nie pozwalają traktować jej do końca poważnie. Formatem dostosowała się do wielkości zdjęć zamieszczonych wewnątrz i zreprodukowanych w skali 1:1. A jednak - mimo lekkiej formy i takiej też uroczej zawartości (więcej na ten temat poniżej), jest to świadectwo dźwignięcia się artysty z depresji po śmierci najbliższej osoby. Dokument powrotu do aktywności dzięki pracy zawodowej, dzięki temu, co robił najlepiej - robieniu zdjęć.

Trudne lata

"The Polaroids" otwiera dość długi tekst Roberta Gurba, znawcy wszystkiego związanego z Kertészem, kuratora the Estate of André Kertész. Czytamy nie tylko o kulisach powstania zdjęć zawartych w albumie, ale też po prostu o losach Kertésza. Muszę przyznać, że dla mnie wiele faktów było nie lada niespodzianką. Do niedawna węgierski fotograf kojarzył mi się z mocną pozycją w europejskiej fotografii przedwojennej (ach, ten najsłynniejszy fotograficzny widelec...) i równie mocną pozycją po wojnie w Stanach. Tymczasem Kertész może nie klepał biedy, ale w USA od 1947 roku trzaskał zdjęcia architektury i wnętrz na zlecenie czasopisma "Home & Garden". To średnie zajęcie dla artysty z takim nazwiskiem. Dopiero po 1962 roku wrócił do fotografowania dla siebie, dla sztuki, a sława i uznanie przyszły w 1964 r., kiedy John Szarkowski zorganizował mu wystawę w nowojorskim MoMA. Kertész miał wtedy 70 lat. Przez wszystkie te trudne lata wspierała go żona Elizabeth, partnerka, z którą był (z krótkimi przerwami) niemal 60 lat aż do jej śmierci w 1977 roku.

AK nie mógł się pozbierać po tej stracie, był zgorzkniały, nie potrafił zrozumieć, czemu największa sława i pieniądze przyszły wraz ze śmiercią jego wieloletniej towarzyszki. Fotograf nigdy nie nauczył się biegle mówić językami obcymi - kaleczył zarówno angielski, jak i francuski. To żona była jego łącznikiem ze światem zewnętrznym. Jedynym językiem, który opanował do perfekcji, była fotografia. Ale ta przestała już dawać radość. Przełamał się dopiero kiedy na wystawie jakiejś księgarni zauważył małe, szklane popiersie, które przypomniało mu Elizabeth. Po dłuższym wahaniu kupił je i zabrał do domu. Drugim katalizatorem powrotu do pracy twórczej był prezent od Grahama Nasha - aparat Polaroid SX-70. W natychmiastowej technice Polaroida spodobał mu się nie tyle kolor, co samowystarczalność - ze względów zdrowotnych od 1939 roku AK nie wchodził do ciemni. Teraz rzucił się w wir pracy i zupełnie się zatracił. Znów był fotografem.


Polaroidowy renesans

Kertész zawsze starał się wykorzystać możliwości techniczne medium i sprzętu do maksimum, minimalizując (a raczej - spychając na margines) wady. Nie inaczej wyglądała jego praca z polaroidami. Pogodził się z wąską paletą barw, odrealnionymi przesunięciami kolorów, małym formatem. Fotografował wspomnianą wyżej szklaną rzeźbę w najróżniejszych konfiguracjach (po jakimś czasie dokupił drugą), martwe natury (przydały się lata aranżacji wnętrz w pracy dla "Home & Garden"), miejski krajobraz (z okna swojego nowojorskiego mieszkania), portrety odwiedzających go osób, nawet akty. Powstały w ten sposób piękne, czasem bardzo intymne miniatury. Co prawda idealnymi słowami, które opisują zawartość "The Polaroids", są przymiotniki "śliczne" i "urocze", ale biorąc pod uwagę stan emocjonalny, sytuację i losy autora, można z czystym sumieniem uznać te zdjęcia za szczere. Szczere otwartością kogoś, dla kogo podstawowym językiem komunikacji ze światem jest fotografia, za pomocą której potrafi i chce wyrazić więcej niż słowami.

"The Polaroids" to sentymentalny, nostalgiczny zbiór prac formalnie bardzo ciekawych, treściowo dość jednorodnych. AK tradycyjnie bawi się światłem, budując wokół niego swoje kompozycje. Dla mnie najmocniejsze w tej książce są portrety (znakomite zdjęcie brata AK!) i piękne fotografie kwiatów. Miłośników wcześniejszej twórczości AK na pewno zainteresują liczne reinterpretacje jego najsłynniejszych prac - np. odniesienie do autoportretu z aparatem (s. 85), kolejny widelec (s. 97) czy zdjęcie otwierające książkę z fragmentem znanej fotografii ślubnej AK i Elizabeth. Dużą zaletą jest też fakt, że w większości przypadków mamy tu do czynienia z materiałem wcześniej niepublikowanym. Niestety momentami (przy zdjęciach "żony", czyli szklanego popiersia) robi się nieco zbyt łzawo, ale na szczęście kolejność zdjęć sprawia, że kiedy już jesteśmy na krawędzi, kiedy już mamy się skrzywić, pojawia się coś z zupełnie innej beczki i możemy odetchnąć. Mimo to, jak dla mnie, zdjęć jest po prostu za dużo. Zbyt wiele z nich to kolejne wersje jednego ujęcia. Nietrudno byłoby wybrać zestaw mniej obszerny, ale zdecydowanie ciekawszy. Odchudzenie nie wpłynęłoby negatywnie na dokumentalną wartość "The Polaroids", a znacznie wzmocniłoby ją pod względem fotograficznym.

Najważniejsze jest jednak to, że większość prac zamieszczonych w "The Polaroids" emanuje świeżością, kipi entuzjazmem autora. Aż trudno uwierzyć, że zrobił je osiemdziesięcioletni starzec..."

André Kertész "The Polaroids"
liczba stron: 128
format: 152 x 178 mm
okładka: twarda, z obwolutą




piątek, 4 lutego 2011

ARCHEOLOGIA FOTOGRAFII

Jako panaceum na rozterki zadygitalizowanej teraźniejszości?

Klasycznie szukając oddechu w sieci, błądzę po blogach, portalach, stronach.  Kompas prowadzi w dziwne miejsca i odkrywam fotografie, które w swej estetyce zachwycały mnie w czasie studiów i które mój zdygitalizowany umysł zachował gdzieś głęboko w pamięci. I wracają, drążą, przypominają, o Dżizas jak boli a jednocześnie napełnia taką siłą, że unosi mnie kilka metrów nad ziemią.

Franz Roh

Franz Roh

Franz Roh

Franz Roh
Znowu euforia zalewa mnie gdy patrze na Man Rey’a, odkrywam Franza Roh’a, przypominam sobie o Jaroslavie Rössler, El Lissitzky czy Aleksandrze Rodczenko, wspomnę również Kertesza.
Tyle emocji i tak pozytywnych, wzbiera to we mnie EKSPLODUJE!!! I po mim, że to już odległa historia kręcą mnie te obrazy z taką samą mocą jak kiedyś.

Jaroslav Rössler

Jaroslav Rössler

Jaroslav Rössler

Jaroslav Rössler

Jaroslav Rössler
Wszyscy wymienieni byli artystami o zupełnie inne estetyce, odmieńcami którzy w swoich czasach tworzyli awangardę. Jaki jest współczesny artysta, jaka jest jego sztuka. Zastanawiam się jak to się zmieniło przez te wszystkie lata do dziś. Czy artysta dzisiejszego dnia to szokujący performer epatujący nagością, fekalnością, brutalnością? Czy fotograf mody to artysta? Pewnie tak gdy patrze na fotografie Paolo Roversi czy Petera Lindberga .


El Lissitzky

El Lissitzky

El Lissitzky

El Lissitzky - autoportret
Zatem dziś rozważam granice, które się zacierają i przesuwają. I widzę w jaką wielką dziure wpadałem jak bardzo goniłem za ideałem, który jest taki powierzchowny. Jak pięknie zapakowany w złoty papierek miętowo-eukaliptusowy wykręcający wnętrzności cukierek (przepraszam wszystkich zajadających się eukaliptusem i miętą, żadne inne porównanie nie przychodzi mi na myśl no może łapiący się w pułapkę ślicznego transwestyty zadeklarowany heteryk lovelas).
Ideał technologiczny zapisany w pikselu i wywołany w Photoshopie.

Aleksander Rodczenko
Na szczęście znalazłem przyjemność w wielkim formacie i tego się trzymam i wszystkim cyfrowym frustratom z serca polecam.